W najnowszym filmie Smarzowskiego („Dom zły”) mamy okazję spróbować bardziej zepsutego egzystencjalnego bigosu niż w „Weselu”. Odór dobiegający z ekranu towarzyszy nam przez cały seans. Każdy chyba lubi wąchać cudze smrody, więc tu dostanie go w nadmiarze. Smarzowki zgotował nam dzieło sensoryczne, czyli z jednej strony doznania wyczuwalne za pomocą zmysłów, z drugiej strony fabuła stopniowo dawkuje emocje. A z chaty wciąż unosi się smród… Nie chcę zdradzać szczegółów, by nie psuć doznań, ale moim zdaniem warto obejrzeć!
