Poniższa recenzja pochodzi sprzed sześciu lat. Jednak pamięć o musicalu "Jesus Christ Superstar" pozostała we mnie na tyle długo, że pragnę podzielić się wami emocjami z tamtego czasu. Mam nadzieję, że przynajmniej odrobinę was zachęcą.
"Jesus Christ Superstar" to jedno z największych dzieł autorstwa Andrew Lloyd Webbera i Tima Rice’a. Światowa premiera musicalu w 1971 roku stała się wielkim wydarzeniem. Musical doczekał się wielu inscenizacji w całym świecie. Za jedną z najbardziej efektownych uważa się inscenizację premierową, którą opracował Tom O’Horgan. Dużą popularność zdobył także film przedstawiający musical w uwspółcześnionej formie wydany 1973 r., a wyreżyserowany przez Normana Jewisona. W Polsce po raz pierwszy spektakl zaprezentował w roku 1987 r. Teatr Muzyczny w Gdyni. Teraz można go oglądać także w chorzowskim Teatrze Rozrywki.
Musical "Jesus Christ Superstar" to rock-opera opowiadająca o ostatnich chwilach życia Jezusa Chrystusa od nauczania ludzi, przez uzdrowienia, modlitwę w Ogrójcu, aż do ukrzyżowania i zmartwychwstania. Na cóż mam streszczać tę historię skoro każdy szanujący się katolik powinien znać dzieje Syna Bożego, który zginął za nasze grzechy na krzyżu i odkupił nasze dusze. Zajmijmy się więc samym spektaklem.
Gra aktorska, w tym światowej sławy musicalu spolszczonym przez Wojciecha Młynarskiego i Piotra Szymanowskiego, w polskiej wersji zainscenizowanym i wyreżyserowanym przez Marcela Kochańczyka, jest po prostu wyśmienita. Chorzowski "Jesus Christ Superstar" to istne teatralne cudo. Aktorzy świetnie kreują postaci, które grają. W tytułowej roli oglądamy Macieja Balcara (wokalistę bluesowo-rockowej grupy Dżem). Frontman Dżemu został obdarzony świetnym głosem i ma niewątpliwie osobowość sceniczną. Jego Chrystus jest postacią charyzmatyczną, promieniującą dobrem, głęboko ludzką i pełną otwartości na drugiego człowieka. Motorem napędzającym całą akcję jest Judasz Iskariota, w którego osobę wcielił się Janusz Radek. Dynamiczny wokal Radka, pełen ekspresji, to jeden z najmocniejszych punktów spektaklu. Oglądając dwie sceniczne „bestie” i słysząc ich śpiew, widza przechodzą przysłowiowe ciary. Ale nie można zapomnieć o innych kreacjach. Szczególnie wzruszająca i pełna prostoty jest Maria Magdalena w wykonaniu Marii Meyer. Gwiazda chorzowskiego Teatru Rozrywki zagrała kobietę po przejściach, która pod wpływem miłości Chrystusa odzyskuje wiarę w potęgę dobra i sens życia. W pamięć zapada również Poncjusz Piłat w wykonaniu Andrzeja Kowalczyka i Król Herod - Jacenty Jędrusik.
Zaletą tego spektaklu jest umiejętne zróżnicowanie scen zbiorowych i kameralnych. Nie chce się wierzyć, że tylu ludzi może zmieścić się na tak nie wielkiej scenie, żywiołowo tańczyć i, że jest to poddane tak wzorowej dyscyplinie. "Jesus Christ Superstar" to inscenizacja piękna, mądra i wspaniale zagrana. Niesamowite układy choreograficzne autorstwa Jarosława Stańka, porywają swoją dynamiką, wymownością i pięknem. A jak świetnie brzmi zespół wokalny! Monumentalne chwilami, rockowe i ostre brzmienie orkiestry pod dyrekcją Jerzego Jarosika dopełnia muzyczną ucztę. Oszczędna, ale bardzo wymowna scenografia Grzegorza Policińskiego zachwyca prostotą i wspaniałym wkomponowaniem się w wizję plastyczną reżysera. Kostiumy Elżbiety Terlikowskiej są równie piękne.
Chorzowski spektakl to prawdziwe show, które oszałamia widza rozmachem, zaskakuje dekoracjami, kostiumami, feerią świateł oraz całkiem nowymi wcieleniami znanych aktorów i gościnnie występujących piosenkarzy. Widowisko, osadzone głęboko w historii biblijnej, w nowej inscenizacji nabrało walorów bliskich ludziom współczesnym. Panowie Andrew Lloyd Webber i Tim Rice stworzyli dzieło niezniszczalne. Duża zasługa w tym samej muzyki, która jest znakomita. Przypomnieć trzeba, że kilka songów z musicalu zyskało ogólnoświatową popularność, m.in. song Marii Madaleny "I don’t know how to love him", tytułowa pieśń "Superstar" (kończąca operę), piosenka Heroda czy też duet Marii i Piotra "Could we start again", please. Wszystko to zostaje w nas, działa na oglądającego i sprawia coś, czego nie da się opisać. Po wyjściu z Teatru Rozrywki po paru minutach, godzinach, czy miesiącach chce się tam wrócić i zapewniam, że się po jakimś czasie się wraca by przeżyć kolejną serię uniesień i obejrzeć niesamowite widowisko.
"Jesus Christ Superstar" to jedno z największych dzieł autorstwa Andrew Lloyd Webbera i Tima Rice’a. Światowa premiera musicalu w 1971 roku stała się wielkim wydarzeniem. Musical doczekał się wielu inscenizacji w całym świecie. Za jedną z najbardziej efektownych uważa się inscenizację premierową, którą opracował Tom O’Horgan. Dużą popularność zdobył także film przedstawiający musical w uwspółcześnionej formie wydany 1973 r., a wyreżyserowany przez Normana Jewisona. W Polsce po raz pierwszy spektakl zaprezentował w roku 1987 r. Teatr Muzyczny w Gdyni. Teraz można go oglądać także w chorzowskim Teatrze Rozrywki.
Musical "Jesus Christ Superstar" to rock-opera opowiadająca o ostatnich chwilach życia Jezusa Chrystusa od nauczania ludzi, przez uzdrowienia, modlitwę w Ogrójcu, aż do ukrzyżowania i zmartwychwstania. Na cóż mam streszczać tę historię skoro każdy szanujący się katolik powinien znać dzieje Syna Bożego, który zginął za nasze grzechy na krzyżu i odkupił nasze dusze. Zajmijmy się więc samym spektaklem.
Gra aktorska, w tym światowej sławy musicalu spolszczonym przez Wojciecha Młynarskiego i Piotra Szymanowskiego, w polskiej wersji zainscenizowanym i wyreżyserowanym przez Marcela Kochańczyka, jest po prostu wyśmienita. Chorzowski "Jesus Christ Superstar" to istne teatralne cudo. Aktorzy świetnie kreują postaci, które grają. W tytułowej roli oglądamy Macieja Balcara (wokalistę bluesowo-rockowej grupy Dżem). Frontman Dżemu został obdarzony świetnym głosem i ma niewątpliwie osobowość sceniczną. Jego Chrystus jest postacią charyzmatyczną, promieniującą dobrem, głęboko ludzką i pełną otwartości na drugiego człowieka. Motorem napędzającym całą akcję jest Judasz Iskariota, w którego osobę wcielił się Janusz Radek. Dynamiczny wokal Radka, pełen ekspresji, to jeden z najmocniejszych punktów spektaklu. Oglądając dwie sceniczne „bestie” i słysząc ich śpiew, widza przechodzą przysłowiowe ciary. Ale nie można zapomnieć o innych kreacjach. Szczególnie wzruszająca i pełna prostoty jest Maria Magdalena w wykonaniu Marii Meyer. Gwiazda chorzowskiego Teatru Rozrywki zagrała kobietę po przejściach, która pod wpływem miłości Chrystusa odzyskuje wiarę w potęgę dobra i sens życia. W pamięć zapada również Poncjusz Piłat w wykonaniu Andrzeja Kowalczyka i Król Herod - Jacenty Jędrusik.
Zaletą tego spektaklu jest umiejętne zróżnicowanie scen zbiorowych i kameralnych. Nie chce się wierzyć, że tylu ludzi może zmieścić się na tak nie wielkiej scenie, żywiołowo tańczyć i, że jest to poddane tak wzorowej dyscyplinie. "Jesus Christ Superstar" to inscenizacja piękna, mądra i wspaniale zagrana. Niesamowite układy choreograficzne autorstwa Jarosława Stańka, porywają swoją dynamiką, wymownością i pięknem. A jak świetnie brzmi zespół wokalny! Monumentalne chwilami, rockowe i ostre brzmienie orkiestry pod dyrekcją Jerzego Jarosika dopełnia muzyczną ucztę. Oszczędna, ale bardzo wymowna scenografia Grzegorza Policińskiego zachwyca prostotą i wspaniałym wkomponowaniem się w wizję plastyczną reżysera. Kostiumy Elżbiety Terlikowskiej są równie piękne.
Chorzowski spektakl to prawdziwe show, które oszałamia widza rozmachem, zaskakuje dekoracjami, kostiumami, feerią świateł oraz całkiem nowymi wcieleniami znanych aktorów i gościnnie występujących piosenkarzy. Widowisko, osadzone głęboko w historii biblijnej, w nowej inscenizacji nabrało walorów bliskich ludziom współczesnym. Panowie Andrew Lloyd Webber i Tim Rice stworzyli dzieło niezniszczalne. Duża zasługa w tym samej muzyki, która jest znakomita. Przypomnieć trzeba, że kilka songów z musicalu zyskało ogólnoświatową popularność, m.in. song Marii Madaleny "I don’t know how to love him", tytułowa pieśń "Superstar" (kończąca operę), piosenka Heroda czy też duet Marii i Piotra "Could we start again", please. Wszystko to zostaje w nas, działa na oglądającego i sprawia coś, czego nie da się opisać. Po wyjściu z Teatru Rozrywki po paru minutach, godzinach, czy miesiącach chce się tam wrócić i zapewniam, że się po jakimś czasie się wraca by przeżyć kolejną serię uniesień i obejrzeć niesamowite widowisko.

